Month: Maj 2013

10 w skali Beauforta

Wojtku,

Mam wrażenie, że w Twoim ostatnim wpisie, który nawiasem mówiąc wywołał ciekawą dyskusję, dotknąłeś dwóch wątków i zahaczyłeś o jeden ciekawy problem.

My, dizajnerzy
Wątek pierwszy, zasadniczy czyli „design thinking”. Myślę, że nazewnictwo to sprawa wtórna. Tym bardziej, że posługujemy się kalkami językowymi, a znaczenia podobnych słów w języku angielskim i polskim mogą być odległe. Tak jest z projektowaniem.  Nie chcę wchodzić w kompetencje językoznawców, więc postaram się powiedzieć swoimi słowami, co rozumiem przez „design thinking”, a Ty mnie skoryguj, jeśli się mylę.

. . .

O potrzebie bycia sprytnym

Mateuszu,

byłem niedawno na nieformalnym spotkaniu mojego dawnego zespołu. Jak to zazwyczaj na „domówkach” bywa, staliśmy i gawędziliśmy sobie w kuchni, przeskakując z tematu na temat. W pewnym momencie rozmowa zeszła na nowe modele biznesowe, cięcie kosztów, optymalizację. Takie tam konsultanckie gadanie. Chcąc nie chcąc poruszyłem temat „design thinking”. Użyłem tego sformułowania celowo, choć – przyznam – po raz kolejny poczułem dyskomfort. Po angielsku brzmi ono całkiem zgrabnie, jednak w języku polgielskim zamienia się w małego pokraka językowego, zamkniętego w piwnicy razem z „apdejtowaniem”, „kejsem”, „targetowaniem” i innymi podobnymi. Miałem jednak nadzieję, że w ten sposób łatwiej i szybciej dotrę z przekazem do odbiorcy rozumiejącego precyzję angielskiego określenia. Udało się, choć nie do końca. Były osoby, które, słysząc słowo „dizajn” krzywiły się lekko, a w ich oczach widziałem proste podsumowanie mojego wywodu, które można zawrzeć w jednym zdaniu: „Ten Wojtek, to zawsze jakiś taki dziwny był i nigdy nie było wiadomo, czym się zajmuje …”.

. . .

Kowalski być wielki świat

Wojtku,

widać, że wolny czas sprzyjał Twoim przemyśleniom oraz długości wpisu 😉
Przeczytałem go jednak bez znużenia, bo mówisz o ważnych sprawach.

Niech zgadnę: długiego weekendu nie spędziłeś w Rostocku czy innym wschodnioniemieckim mieście? Tak podejrzewam, bo sądzę, że tam nie napotkałbyś zapewne tylu rodzinnych przedsiębiorców, podpisujących się swoim nazwiskiem. Czyżby to znowu wpływ siły, która kształtowała Europę przez pięćdziesiąt lat?

. . .

Twoja firma to Ty

Mateuszu,

przepraszam Cię, nie odzywałem się przez chwilę. Miałem ograniczony dostęp do sieci – byłem „zagranico” i teraz nadrabiam, chcąc podzielić się z Tobą paroma spostrzeżeniami.
Weekend majowy spędziłem na północy Niemiec. Wędrówki ulicami hanzeatyckich miasteczek poprzedzałem pobieżną lekturą małych niby-przewodników, w których oprócz informacji dotyczących historii, kultury i możliwości spędzania wolnego czasu, znajdowałem dziesiątki zaproszeń do odwiedzenia przeróżnych knajpek, wędzarni, hotelików, zakładów fryzjerskich i innych miejsc, w których mógłbym zostawić pieniądze. Niby banał. Reklama. A jednak …

. . .