Kowalski być wielki świat

Wojtku,

widać, że wolny czas sprzyjał Twoim przemyśleniom oraz długości wpisu 😉
Przeczytałem go jednak bez znużenia, bo mówisz o ważnych sprawach.

Niech zgadnę: długiego weekendu nie spędziłeś w Rostocku czy innym wschodnioniemieckim mieście? Tak podejrzewam, bo sądzę, że tam nie napotkałbyś zapewne tylu rodzinnych przedsiębiorców, podpisujących się swoim nazwiskiem. Czyżby to znowu wpływ siły, która kształtowała Europę przez pięćdziesiąt lat?

Kowalski być wielki świat
Zastanawiasz się, dlaczego u nas tak mało biznesów rodzinnych firmuje nazwisko. Według mnie powody są dwa:

  1. O pierwszym pisałem (poniekąd) w poprzednim mailu. To wiele lat „komuny”, która zniechęcała nas do występowania pod swoim nazwiskiem, bo oznaczało to ryzyko, a poza tym było objawem (o zgrozo!) indywidualizmu.
  2. Po obaleniu tego siermiężnego ustroju tak bardzo pragnęliśmy czegoś lepszego, niezwykłego, niecodziennego, że firmowanie biznesu nazwiskiem wydawało się zbyt proste, zbyt… zwykłe.

Wymyślaliśmy zatem różne …ex-y czy …pol-e, albo euro-cosie, by podkreślić swoją wielkoświatowość (cokolwiek by to znaczyło). Nie byliśmy nawet świadomi, że marki takie jak Siemens czy Bonduelle wywodzą się od nazwisk założycieli (och Internecie, dlaczego cię wtedy nie było!). Poza tym jakże to: zwykły Jan Kowalski miałby stawić czoła takiemu Siemensowi? To już lepiej wystąpić za barykadą Kowal-Pol-u…

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że szumnymi nazwami leczyliśmy kompleks zacofanego kraju, który w świecie kojarzył się z negatywnym brzmieniem niemieckiego określenia „Polnische Wirtschaft”. 

Zrzut ekranu 2013-05-12 o 20.48.29

20 lat minęło
Musiało minąć dwadzieścia i parę lat, byśmy zauważyli, że za tymi różnymi exami stoją konkretni ludzie. Dziś już to dostrzegamy i zaczynamy szanować, tak jak zaczynamy szanować schabowego z ziemniakami i kapustą zamiast pizzy czy kebabu. Ale jeszcze kilka lat temu z pogardą patrzyliśmy na bar mleczny a stołowaliśmy się w niezliczonych „piccerniach”.

Miło dziś oglądać marki bazujące na nazwiskach (patrz: Grycan, Blikle, Sowa), bo oznacza to brak kompleksów oraz wiarę we własne możliwości, a także brak obaw przed oceną… rynku. Dziś wiemy już, że to co polskie jest równie dobre (a częstokroć lepsze) niż „zachodnie”. Ale czy mimo to większość konsumentów nie wybiera jednak chętniej produktów o obco brzmiących nazwach?

Poza tym te „aż dwadzieścia” lat to „zaledwie dwadzieścia” w porównaniu z wiekowymi tradycjami biznesowymi naszych zachodnich (bliższych i dalszych) sąsiadów, którym los oszczędził takich doświadczeń jak likwidacja klasy średniej społeczeństwa oraz nacjonalizacja prawie całości gospodarki. Niewiele u nas przetrwało biznesowych rodzin, z których można by brać przykład, zaś współcześni przedsiębiorcy zazwyczaj nie pamiętają czasów, kiedy firmy nosiły nazwiska właścicieli.

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie
Nie sądzisz jednak Wojtku, że – broniąc nieco naszych twórców nazw – nasz język, jakkolwiek piękny, nie sprzyja tworzeniu „chwytliwych” nazw czy haseł? Jak firma działająca pod marką „Przetwórstwo Pierza Gęsiego Grzegorz Brzęczyszczykiewicz” byłaby postrzegana przez kontrahentów z Niemiec czy Japonii? Czy na starcie jej nazwa nie ograniczała by możliwości kontaktów tylko do najwytrwalszych kontrahentów?

Jak widzisz, powodów dzisiejszego stanu rzeczy w nazewnictwie jest sporo. I myślę, że minie jeszcze kilkanaście (lub –dziesiąt) lat, nim będziemy dość dumni, by z podniesioną przyłbicą i nazwiskiem na tarczy mierzyć się z bezlitosnym przeciwnikiem – rynkiem.

Ale, ale! To, że ja się tu rozpisałem nie znaczy, że zapomniałem co tam napisałeś na końcu!
A napisałeś coś o obietnicach. Że niby moja firma ma je spełniać. Ale jak to tak? Wszystkie? Czy to aby nie przesada?

Pozdrawiam

Mateusz Kowalewski, Hortimex 😉