Tag : Strategie

Projektowanie niewidzialnego

Tekst  został pierwotnie opublikowany na stronie servicedesign.edu.pl

Service Design w Polsce raczkuje. W wielu usługach komercyjnych i publicznych – służbie zdrowia, rozrywce, rzemiośle, usługach budowlanych – wszędzie tam, gdzie działanie opiera się na technicznym-zawodowym przygotowaniu świadczącego usługę (fach), korzyść dla klienta, jego doświadczenie i obsługa nie są często brane pod uwagę. Tak samo z edukacją, służbami mundurowymi i kulturą. Wystarczy przywołać z pamięci usługi, których ostatnio doświadczyliśmy negatywnie, oraz takie o których możemy opowiadać pozytywnie i dawać za wzór. Tych negatywnych będzie pewnie więcej – dobrze pamiętamy błędy w bankach, kolejki w urzędach, ekspedientów jak z „Misia” Barei. Fakt, takie usługi wyróżniają się, ale chyba nie o taki wyróżnik w marce chodzi … . . .

Wykorzystaj zmianę pokoleniową

Mateuszu,

Jak wiesz, zakończył się pierwszy etap projektu „Kody wartości – Efektywna sukcesja w firmach rodzinnych”. Spotkania i warsztaty z nestorami i sukcesorami firm wywołały u mnie parę refleksji. Jedną z nich – dotyczącą marki firmy rodzinnej – chciałbym się z Tobą podzielić.

Konflikt pokoleń?
Sukcesja to tak naprawdę potężna zmiana mentalna w firmie rodzinnej, często też pierwsza. Ma wpływ na wszystkich interesariuszy firmy – jej pracowników, ale też klientów, dostawców, inwestorów. Jednak główni bohaterowie procesu sukcesyjnego to dwie grupy. Po jednej stronie sceny stoi nestor-rodzic-założyciel, który zbudował firmę według własnego modelu wartości, do którego był i jest przekonany po dziś dzień. Można powiedzieć, że stworzył firmę na swój obraz i podobieństwo. Chciał, żeby firma taka była. I jest często przekonany, że w tym modelu nic nie należy zmieniać. . . .

Firmę rodzinną zaufanemu prezesowi powierzę cz. II

Wojtku,

mój poprzedni wpis skończyłem stwierdzeniem, że wielu właścicieli firm rodzinnych żywi (uzasadnioną) obawę, że powierzenie firmy bez reszty zewnętrznemu zarządzającemu oznaczać może utratę kontroli nad nią, a zatem ryzyko utraty jej samej (w wyniku upadku lub przejęcia przez zarządcę), bądź zysków przez nią generowanych. Obawa ta powoduje, że właściciel stara się ograniczać kompetencje zarządzającego, co z kolei powoduje frustrację u tego drugiego prowadząc do porażki. Jak moim zdaniem zapobiegać tym zagrożeniom? Ja zrobiłbym tak: . . .

Firmę rodzinną zaufanemu prezesowi powierzę

Wojtku,

tym razem chciałbym zwrócić Twoją uwagę na nieco inny problem, z podwórka bliskich mi skądinąd firm rodzinnych. Spotykając bardziej lub mniej znajomych przedsiębiorców rodzinnych, nieraz miałem okazję usłyszeć – z pierwszej lub drugiej ręki – o niepowodzeniach we współpracy z zewnętrznym zarządem. Dlaczego tak się dzieje? Mam pewną teorię, zapewne nieco różniącą się od argumentacji zasłyszanej. Oto ona…

. . .

Świat to za mało

Mateuszu,

Z ciekawością przeczytałem Twój wpis o wyjściu biznesu poza Polskę. Tak sobie myślę, że przyczyna tego, że nasze firmy nie istnieją masowo zagranicą, ma swoje korzenie w decyzjach, które właściciele podejmowali kilkanaście lat temu. Decyzjach o produkcji dla zagranicznych brandów w charakterze podwykonawcy. Przykładem na to jest przywoływana często przez media „potęga polskiego meblarstwa”, która w rzeczywistości nie jest napędzana popytem wewnętrznym, ale … zamówieniami firm zagranicznych. Kiedyś odwiedzałem halę produkcyjna i magazyny jednej takiej firmy. Produkowała dla Duńczyków. W magazynie piętrzyły się kartony wypełnione zamówionymi sofami. Wszystkie, nie dosyć, że były oznakowane logo duńskiego kontrahenta, to jeszcze miały nalepki „made in Denmark”. Masakra, pomyślałem. . . .

Zaistnieć poza Polską

Wojtku,

Podczas dyskusji pod jednym z naszych wpisów, czytelniczka poruszyła kwestię zaistnienia polskich firm poza naszym krajem.  Wprawdzie mówiliśmy wówczas o nazwach firm, ale temat jest nieco głębszy.

Wszędzie dobrze, a nas tam nie ma
Zastanawiałeś się może nad tym, dlaczego tak niewiele polskich firm robi karierę na światowych rynkach? Mija prawie ćwierć wieku od otwarcia się naszej gospodarki na świat, a jak dotąd nie widać za bardzo spektakularnych sukcesów polskich firm za granicą. Nie twierdzę tu, że nie prowadzimy z sukcesem biznesu na rynkach zagranicznych, o nie! Widać coraz wyraźniej, że eksport staje się ważnym filarem naszej gospodarki. I już nie eksport węgla, stali czy zbóż, lecz coraz bardziej przetworzonych produktów. Dobrze świadczy to o rozwoju polskiej gospodarki i o naszych firmach. Jest jednak jedno ale…
. . .

O projektowaniu usług

Mateuszu,

dwa nasze ostatnie wpisy poświęciliśmy design thinking i spojrzeniu na zastosowanie jego narzędzi teraz i tutaj, w Polsce. Tak się złożyło, że skończyłem w zeszłym tygodniu lekturę „Service Design: From Insight to Implementation” traktującą o projektowaniu usług, które garściami czerpie z podejścia DT. A, że wiele osób pyta mnie, po co projektuje się usługi, postanowiłem spróbować zdefiniować to po swojemu.

. . .

10 w skali Beauforta

Wojtku,

Mam wrażenie, że w Twoim ostatnim wpisie, który nawiasem mówiąc wywołał ciekawą dyskusję, dotknąłeś dwóch wątków i zahaczyłeś o jeden ciekawy problem.

My, dizajnerzy
Wątek pierwszy, zasadniczy czyli „design thinking”. Myślę, że nazewnictwo to sprawa wtórna. Tym bardziej, że posługujemy się kalkami językowymi, a znaczenia podobnych słów w języku angielskim i polskim mogą być odległe. Tak jest z projektowaniem.  Nie chcę wchodzić w kompetencje językoznawców, więc postaram się powiedzieć swoimi słowami, co rozumiem przez „design thinking”, a Ty mnie skoryguj, jeśli się mylę.

. . .

O potrzebie bycia sprytnym

Mateuszu,

byłem niedawno na nieformalnym spotkaniu mojego dawnego zespołu. Jak to zazwyczaj na „domówkach” bywa, staliśmy i gawędziliśmy sobie w kuchni, przeskakując z tematu na temat. W pewnym momencie rozmowa zeszła na nowe modele biznesowe, cięcie kosztów, optymalizację. Takie tam konsultanckie gadanie. Chcąc nie chcąc poruszyłem temat „design thinking”. Użyłem tego sformułowania celowo, choć – przyznam – po raz kolejny poczułem dyskomfort. Po angielsku brzmi ono całkiem zgrabnie, jednak w języku polgielskim zamienia się w małego pokraka językowego, zamkniętego w piwnicy razem z „apdejtowaniem”, „kejsem”, „targetowaniem” i innymi podobnymi. Miałem jednak nadzieję, że w ten sposób łatwiej i szybciej dotrę z przekazem do odbiorcy rozumiejącego precyzję angielskiego określenia. Udało się, choć nie do końca. Były osoby, które, słysząc słowo „dizajn” krzywiły się lekko, a w ich oczach widziałem proste podsumowanie mojego wywodu, które można zawrzeć w jednym zdaniu: „Ten Wojtek, to zawsze jakiś taki dziwny był i nigdy nie było wiadomo, czym się zajmuje …”.

. . .

O współpracy – współtworzeniu

Panowie,

Przeczytałem po kilka razy Wasze maile. Czuję się lekko rozdarty. Z jednej strony utożsamiam się po części ze spojrzeniem każdego z Was. Z drugiej jednak czuję, że gdybyście mieli współpracować, szału by nie było

Moja prawda jest mojsza
W ramach studiów podyplomowych o innowacyjnym zarządzaniu marką zaprojektowałem i poprowadziłem zajęcia pt. „Współpraca – współtworzenie”. Po latach obserwacji i praktyki doszedłem do wniosku, że taki przedmiot jest potrzebny. Pomyślałem sobie, że jego sens i wartość leży w znalezieniu wspólnego mianownika między patrzeniem i rozumieniem wykonawcy jakiegoś zadania – niech będzie grafika, doradcy, czy innego konsultanta – a jego zleceniodawcą.

. . .